Newsy/kejsy

Matka Wariatka - wywiad. Skąd wzięła się jedna z najpopularniejszych influencerek parentingowych?

23.09.2020 Autor: Aleksandra Łukasiewicz
Udostępnij:
Matka Wariatka - wywiad. Skąd wzięła się jedna z najpopularniejszych influencerek parentingowych?
Wiola Wołoszyn, bo tak naprawdę nazywa się autorka bloga Matka Wariatka, to jedna z najpopularniejszych influencerek parentingowych oraz autorka serii książek dla dzieci "Jano i Wito" wpierających rozwój mowy. Ciekawiło nas jak rozpoczęła się przygoda Wioli z blogowaniem (a ta trwa już ponad 6 lat!) oraz jak jako introwertyczka radzi sobie z popularnością. Wszystkiego dowiecie się z naszego wywiadu.

Temat parentingowy to niekończąca się historia. I nie bez powodu. Rodzicielstwo to bardzo skomplikowana sprawa, a stan wiedzy bardzo szybko się zmienia. W dodatku wielu rodziców poszukuje odbicia swoich problemów dnia codziennego, żeby poczuć, że nie tylko oni tak mają. Stąd popularność influencerów parentingowych. To właśnie oni są w 2020 roku głównym źródłem wiedzy na tematy związane z dziećmi i ich wychowaniem. 

Matka Wariatka, czyli Wiola Wołoszyn, to jedna z najpopularniejszych blogerek parentingowych. Jednak na jej blogu nie znajdziecie raczej rodzinnych historyjek. Wiola stara się głównie testować, rekomendować i doradzać. Poza podstawową kompetencją, czyli byciem mamą, ma też inne, które pozwalają jej dostarczać wartościowego contentu rodzicielskiego - jest logopedą i neurologopedą. Z jej bloga dowiecie się naprawdę dużo wartościowych rzeczy na temat rozwoju dzieci. My Wiolę znamy też przy okazji naszej współpracy z marką Oillan.


Ale to nie koniec. Jest autorką serii książek "Jano i Wito", które wspierają rozwój mowy u najmłodszych oraz w zeszłym roku stworzyła apartament nad morzem, który jest idealnie dostosowany dla rodzin z dziećmi. Jesteście ciekawi jak to się stało, że Wiola stała się popularną blogerką parentingową i skąd pomysł na wszystkie jej działania? Albo co myśli o pokazywaniu zdjęć dzieci w Internecie? No i co planuje na przyszłość (podpowiemy, że jest to m.in. zmiana nazwy bloga)?



Zobacz też: Damian Parol o social mediach, blogu, weganizmie i planach



Wszystkiego dowiecie się z poniższego wywiadu!


Aleksandra Łukasiewicz: Jak zaczęła się Twoja przygoda z social mediami jako Matka Wariatka? Co było impulsem, przez który założyłaś bloga i dlaczego akurat pod taką nazwą?


Wiola Wołoszyn: Gdy urodziło się moje pierwsze dziecko, wiedziałam, że szybko nie wrócę do pracy. Mieszkamy w niewielkiej wsi i w najbliższej okolicy nie mamy żadnych żłobków. Nie ma też szans na znalezienie niani. Poza tym, mimo że po powrocie z macierzyńskiego miałam propozycję objęcia stanowiska kierowniczego, nie chciałam rocznego dziecka zostawiać z kimś obcym. Wiedziałam, że ani on, ani ja, nie jesteśmy na to gotowi. 


Na założenie bloga namawiali mnie znajomi. To było ponad 6 lat temu i blogi dopiero zaczynały raczkować. Byłam wtedy nakręcona na różne gadżety dla dzieci, ciekawe zabawki, książki, jakościowe spędzanie czasu z dzieckiem. Nawet kilka razy na ulicy inne mamy zaczepiały mnie i pytały, skąd mamy jakiś gadżet do wózka, zabawkę, część garderoby. Pomyślałam wtedy, że blog może być moją pracą i z takim właśnie nastawieniem go założyłam.


Od razu miałam swoją domenę, serwer, własną działalność gospodarczą. Wiedziałam, że taka praca pozwoli mi się rozwijać i być w domu, razem z dzieckiem. Co prawda w tamtym czasie blogi parentingowe zaczynały wyrastać jak grzyby po deszczu, ale ja na rozwój swojego miałam konkretny plan. To nie miał być kolejny pamiętnik opisujący życie rodziny. Ja skupiłam się na testowaniu produktów, miejsc. Chciałam pokazywać rodzicom, co warto mieć, gdzie warto być, dodatkowo przemycając swoją wiedzę logopedyczną. 



Zobacz też: Podróże Wojownika. Jak radzą sobie podróżnicy po lockdownie?




Dlaczego Matka Wariatka? Bo taką matką wtedy byłam. Matką na maksa nakręconą na dziecko, na jego zdrowy rozwój. Poza tym miałam świadomość tego, że ta nazwa będzie przyciągać odbiorców. Teraz, gdy zbudowałam już swoją społeczność i nie jestem już tą samą Matką Wariatką, planuję przejść na inną domenę. Co prawda działa ona już od ponad roku, ale wciąż mam tyle projektów na głowie, że to przejście przesuwane jest w czasie.


Często na Twoim blogu, pojawiają się recenzje książek dla dzieci. Co skłoniło Cię do napisania własnej serii "Jano i Wito"? Myślisz, że gdyby nie działalność w blogosferze to udałoby Ci się ją stworzyć?


Nie wiem, czy akurat powstałaby taka seria, ale na pewno prędzej czy później napisałabym książkę dla dzieci. Książkami otoczona byłam od zawsze. W moim rodzinnym domu babcia prowadziła wiejską filię gminnej biblioteki. W dzieciństwie czytanie książek było moją ulubioną zabawą. Nie skłamię mówiąc, że to książki mnie wychowywały i ukształtowały mój charakter. Mimo że jestem umysłem ścisłym i kocham matematykę, to w liceum trafiłam do klasy humanistycznej. Po maturze planowałam w przyszłości zostać redaktorem lub korektorem. Uważałam, że to idealny zawód łączący zalety umysłu ścisłego z humanistycznym. Jako pierwszy kierunek studiów wybrałam więc filologię polską ze specjalizacją edytorstwo i marketing wydawniczy na Uniwersytecie Wrocławskim, a swoją pracę magisterską broniłam przed samym profesorem Miodkiem. 




Jako studentka dorabiałam sobie w Empiku na wrocławskim rynku. Tam, przez kilka lat odpowiedzialna byłam za dbanie o dział książki dziecięcej. Na książce dziecięcej naprawdę zjadłam zęby. To jest mój konik. Jednak dopiero moje dzieci pokazały mi, co tak naprawdę lubią czytać dzieciaki. Gdy zobaczyłam, że na rynku wydawniczym jest luka, postanowiłam ją wypełnić i wydać serię Jano i Wito. Teraz widzę tych luk coraz więcej i właśnie pracuję nad kolejnymi pozycjami.


Piszesz, że jesteś osobą wysoko wrażliwą, introwertykiem i że nie za bardzo lubisz przebywać wśród ludzi. Jak zatem odnajdujesz się w blogosferze, nie masz trudności z dzieleniem się własnym życiem z Twoimi obserwatorami w takiej sytuacji?


Tak, to prawda, jestem introwertykiem i WWO. Z tego też powodu nie spotkasz mnie na konferencjach, nie da się mnie zobaczyć w telewizji czy usłyszeć w radio, mimo że w każdym miesiącu dostaję przynajmniej jedno zaproszenie do mediów. Przytłacza mnie wizja takich wystąpień. Pokazując się jedynie na blogu, kontroluję to, co i w jaki sposób pokazuję. 


Nigdy nie chciałam być osobą rozpoznawalną. Mam świadomość tego, że chcąc nie chcąc stałam się nią. Mieszkamy jednak z dala od dużych miast, skąd pochodzi większość moich obserwatorów. Mnóstwo osób myśli, że jesteśmy z Warszawy, a my do Warszawy mamy 500 km. Co prawda podczas naszych podróży spotykam moich odbiorców, ale są to bardzo fajni, inteligentni ludzie, którzy respektują moje granice. 




Z zawodu jesteś logopedą. Czy jeszcze pracujesz w swoim zawodzie, czy poświęcasz się już tylko blogowaniu i działaniom z tym związanym? I jeżeli raczej ta druga opcja, to czy nie brakuje Ci pracy na co dzień, kontaktu z dziećmi, satysfakcji z tego że czynnie pracując możesz pomagać najmłodszym?


Tak, z wykształcenia jestem też logopedą i neurologopedą. Lubię tę tematykę, ale nie samą pracę. Bardzo obciążała mnie psychicznie. Jako WWO zawsze mocno wczuwam się w sytuację drugiego człowieka. Pracowałam z rodzinami w nieciekawych sytuacjach życiowych, z dziećmi mającymi różne choroby i upośledzenia. Uważam, że jest to praca dla osób silniejszych psychicznie niż ja. To jednak nie znaczy, że nie pomagam najmłodszym. Dzięki moim książkom i wpisom pomogłam naprawdę wielu dzieciakom. 




Jak zachowujesz work-life balance będąc popularną influencerką parentingową? W tym wypadku zdaje się to niesamowicie trudne z uwagi na bardzo mocne przeplatanie się tych światów. Nie brakuje Ci czasem “zwykłej” pracy od-do? 


Nie umiem pracować od-do. Nawet, gdy przed pierwszą ciążą pracowałam w ośrodku kultury, po pracy dodatkowo zrobiłam stronę internetową ośrodka, zaprojektowałam logo, przygotowywałam relacje zdjęciowe z różnych wydarzeń organizowanych przez ośrodek. 




Przyznaję, że nie umiem zachować work-life balance. W mojej głowie za dużo się dzieje. Bez przerwy coś kreuję czy analizuję. Pracuję nad tym, aby nieco to wyciszyć, ale taka praca od-do na pewno by mi w tym nie pomogła. Tylko by mnie irytowała, bo nad sobą miałabym człowieka, który mówiłby mi, co mam robić i oceniał moją pracę, a tego nie znoszę. 


Stworzyłaś “najbardziej prorodzinny, nadmorski apartament w Polsce”. Co zainspirowało Cię do tego projektu? 


Dosyć sporo podróżujemy z naszymi dziećmi, byliśmy też ambasadorami projektu Kids Travel. Przez ostatnie lata odwiedziliśmy setki miejsc mniej lub bardziej przyjaznych dzieciom. I tak samo jak w przypadku luki na rynku wydawniczym, zauważyłam, że jest luka wśród apartamentów dla rodzin. 



Zobacz też: Body positivity a marki i influencerzy. Kierunek ku różnorodności




Pobyt w apartamencie jest jedną z najwygodniejszych form zakwaterowania dla rodziców z dziećmi. Rodziny mogą się w nich poczuć jak w domu. Mają swoją kuchnię łazienkę, sypialnię. Dlaczego więc nie mieliby mieć też pokoiku dla dzieci? Poza różnego rodzaju grami, zabawkami czy książkami, wyposażyłam nasz apartament w wiele przydatnych gadżetów. Nie brakuje też książek dla rodziców czy dostępu do Netflixa. Dzięki tym wszystkim udogodnieniom nasz apartament ma obłożenie przez cały rok. Obecnie pracujemy nad kolejnym takim miejscem - tym razem na drugim końcu Polski. 





Coraz częściej mówi się o prawie do wizerunku dzieci w sieci w kontekście publikowania zdjęć swoich pociech przez rodziców. Jako influencerka parentingowa, jakie jest Twoje zdanie w tej sprawie?


Ja staram się podążać za dzieckiem i postawić się też w ich sytuacji. Gdy moje dzieci były młodsze, chętnie dawały się fotografować. Ich wizerunek pojawiał się na blogu, a ja traktowałam to jak na przykład pojawianie się dzieci w filmach czy serialach. Nigdy też nie pisałam o problemach czy chorobach moich dzieci. Nie wchodziłam w ich prywatność.


Od jakiegoś czasu na blogu dzieci praktycznie się nie pojawiają. A jak są, to widać je raczej w tle. Jeżeli nie chcą być fotografowani, ja to rozumiem i szanuję. Dzieciaki doskonale wiedzą, na czym polega moja praca. Myślę, że dzieci blogerów mają znacznie większą świadomość tego, jakie zdjęcia mogą, a jakie nie powinny znaleźć się w internecie i że w przyszłości świadomiej od swoich rówieśników będą korzystać z tego narzędzia.


Czy jest jakaś współpraca z marką, z którą współpraca najbardziej zapadła Ci pamięć z pozytywnych powodów? Jeżeli tak, to czym się wyróżniła?


Sporo było takich współprac. Bardzo lubię marki, które do mnie wracają. Jest mi też niesamowicie miło, gdy marka naprawdę mnie obserwuje. Na przykład gdy wracaliśmy z dzieciakami z Holandii, na Instagramie napisał do mnie Eurocamp, z którym już współpracowałam wcześniej, informując, że na trasie do domu mamy jeden super camping, na którym możemy przenocować, żeby nie robić trasy na jeden raz. Po dwóch minutach miałam już na mailu rezerwację. Nie oczekiwali za to żadnych dodatkowych działań. Do teraz mamy super kontakt i zaplanowane działania już na kolejny rok, a ja w tym trudnym dla nich roku starałam się pomagać im pro bono. 




Jako influencerka parentingowa na co zwracasz najbardziej uwagę przy współpracach z markami? Jak na przestrzeni czasu zmieniło się Twoje podejście do takich współprac? 


Tak naprawdę moje podejście od początku do teraz jest takie samo. Jedyne, co zmieniło się ostatnio, to to, że teraz odmawiam tym markom, dla których ważny jest wizerunek dziecka w kampanii. 

Poza tym na blogu promuję tylko to, z czego rzeczywiście korzystamy i co warto polecać. Głównie na to zwracam uwagę. Nawet wtedy, gdy blog dopiero raczkował i praktycznie nie zarabiał, to nie miałam oporów przed tym, żeby odmawiać promowania tych produktów, których nie poleciłabym swoim bliskim. 


Jakie są Twoje plany związane z Twoją blogerską działalnością na najbliższą przyszłość?


Niedługo na blogu będzie wiele zmian. Nowa domena, o której już mówiłam, nowy szablon, pojawi się również sklep. Planuję też nieco zmienić profil bloga. Jeszcze w tym roku ukaże się też pierwsza część kolejnej serii książkowej dla dzieci. 



Kampanie:

Ta strona używa ciasteczek (plików cookies).