Szczególnie w ostatnich latach, social media zamieniły się w niekończącą się tablicę reklamową. Influencerzy przekonywali nas, że kolejny krem za 300 złotych, „magiczny” suplement diety czy dwudziesta para legginsów to klucz do szczęścia i lepszej wersji samych siebie. Ostatnie lata to był złoty okres działania twórców internetowych. Odbiorcy, zwłaszcza ci, którzy naprawdę polubili danego twórcę, byli w stanie kupić z jego polecenia niemalże wszystko. Obecnie jednak następuje całkowite odwrócenie tej sytuacji. Widzowie ufają coraz mniej, a influencerzy, aby sprostać ich oczekiwaniom, zmieniają swoje działania. De-influencing to nowy trend, w którym twórcy internetowi nie pokazują już tak często co kupować, ale czego nie kupować.
Czym właściwie jest de-influencing?
W najprostszym ujęciu to trend, w którym twórcy internetowi zamiast zachęcać do zakupów, odradzają konkretne produkty. Zamiast tradycyjnego „haulu” zakupowego, widzimy filmy z cyklu: „Tego nie kupuj”, „Te produkty są przereklamowane” lub „Moje największe rozczarowania kosmetyczne”.
De-influencing nie jest jednak tylko listą bubli. To szersze zjawisko kulturowe, które uderza w nadmierny konsumpcjonizm i kwestionuje autentyczność opłacanych recenzji. Dla odbiorców jest to jednak lekko mylące. Bo podczas gdy jedni twórcy nadal zachwalają otrzymywane w ramach paczek PR i współprac produkty, inni mówią, że u nich w ogóle się one nie sprawdziły.
Dlaczego tendencja się zmienia i mniej osób kupuje z polecenia influencerów?
Skąd nagle taka zmiana kierunku? Odpowiada za to kilka czynników, które spowodowały to, że de-influencing w pierwszej kolejności stał się viralem na TikToku oraz Instagramie.
Przede wszystkim użytkownicy stali się sceptyczni. Kiedy co druga relacja jest oznaczona jako „współpraca płatna”, trudno wierzyć w szczery zachwyt nad produktem. De-influencing przywraca twórcom wiarygodność wtedy gdy ktoś potrafi skrytykować popularną markę, jego przyszłe polecenia wydają się bardziej rzetelne.
Odbiorcy są też coraz bardziej zmęczeni perfekcjonizmem i estetyką, którą do tej pory określaliśmy jako That Girl. Kult perfekcyjnego życia, wymagający posiadania setek gadżetów, zaczął męczyć. Ludzie poczuli przesyt presją bycia „zmuszanymi” do nadążania za trendami.
Do tego oczywiście dochodzi sytuacja ekonomiczna. Rosnąca inflacja i koszty życia sprawiły, że wiele osób kilkukrotnie zastanawia się przed wydaniem pieniędzy. Odbiorcy coraz chętniej poszukują oszczędności, a de-influencing podpowiada, gdzie ich szukać, demaskując drogie kosmetyki które nie są warte swojej ceny i wskazując ich zamienniki.
Na koniec nie zapominajmy także o rosnącej świadomości ekologii i dążenia do minimalizmu. Mówienie „nie potrzebujesz tego” wpisuje się w nurt slow life.
Jak wygląda trend de-influencingu od środka?
De-influencing przybiera różne formy. Najpopularniejsze z nich to osłabianie hype’u na dany produkt. Twórcy biorą na warsztat produkty, które „mają wszyscy” (np. konkretne kubki termiczne, drogie tusze do rzęs czy luksusowe urządzenia do stylizacji włosów) i punktują ich wady, udowadniając, że cena nie idzie w parze z jakością.
Influencerzy szukają też zamienników. Zamiast kupować drogi produkt, wskazują drogeryjny odpowiednik, który działa tak samo.
Promują wykorzystywanie tego, co już się posiada, zanim ulegnie się chwilowej modzie.
Jednak paradoksalnie de-influencing stał się nową formą influencingu. Twórcy budują na nim zasięgi i lojalną społeczność, co w przyszłości i tak przekłada się na ich wartość rynkową.
Czy to już koniec ery konsumpcjonizmu?
Choć de-influencing wydaje się być autentyczny, świeży, szczery, warto zachować czujność. Często pod pozorem odradzania jednego produktu, influencer subtelnie przemyca polecenie innego. Niemniej jednak, trend ten wymusza na markach większą transparentność, a na konsumentach bardziej krytyczne myślenie i zastanowienie się, czy naprawdę wszystkie modne produkty są niezbędne.
Influencerzy nadal będą mieć ogromną moc wpływania na opinie swoich odbiorców, ale jeśli przynajmniej niektórzy z nich zastanowią się, czy faktycznie trzeba stale gonić za nowymi trendami, to już będzie małym sukcesem.
De-influencing otwiera oczy i udowadnia, że jako konsumenci wcale nie potrzebujemy tego wszystkiego, co stale nam jest pokazywane. W wielu przypadkach drogie kosmetyki wcale nie mają lepszego składu, niż ich tańsze odpowiedniki. Mamy nadzieję, że ograniczenie konsumpcjonizmu to nie tylko chwilowy trend.